Petunia Dursley wychodziła właśnie na zakupy. Jednakże, gdy otworzyła drzwi, w jej oczy rzuciło się leżące na progu zawiniątko. Kiedy się schyliła, zobaczyła niemowlę. Obok malucha leżał list zaadresowany do niej i męża. Wniosła dziecko do domu i krzyknęła:
- Vernon! Chodź tu szybko!
- Co się stało, Petunio? - Odparł mężczyzna wchodząc do salonu.
- Zobacz, co znalazłam na progu. - Wskazała na niemowlę. - Jest też list.
- Pokaż mi go.
Petunia podała mu list. Przeczytali go po kolei.
- Co o tym sądzisz? - Spytała zirytowana Petunia.
- Na pewno nie przyjmę tego dziwoląga pod swój dach! Oddamy go do sierocińca. Nie obchodzi mnie, co jakiś stary dziad myśli na ten temat.
- Oczywiście. - Zgodziła się Petunia. - Mamy już małe dziecko w domu. Nie potrzeba nam kolejnego. Tylko, że mogą chłopca odszukać i znów nam zwalić na głowy.
- Więc podając jego dane zmień nazwisko. Jego imię jest pospolite. Nikt się nie zorientuje.
- Masz rację. Jeszcze dziś po południu zawieziemy go do sierocińca w Londynie. A teraz pójdę po te zakupy.
Tego samego dnia około godziny czwartej Durley'owie zaparkowali pod sierocińcem na przedmieściach Londynu. Petunia wzięła na ręce chłopca z bliną w kształcie błyskawicy na czole.
- Zostań z Dudziaczkiem. Ja oddam tego bachora. - Po tych słowach wyszła z samochodu.
Sierociniec, do którego weszła był stary i niezbyt zadbany. Z każdego kąta wybijała się bieda. Stare meble pochodziły prawdopodobnie z czasów wojen światowych, ale były zbyt zniszczone, by określić, z której z tych wojen pochodziły. Stara tapeta była zapewne niegdyś zielona, ale obecnie wyblakła stając się szara. Gdzieniegdzie odchodziła od ścian płatami.
Petunia podeszła do kobiety siedzącej przy starym, zakurzonym biurku.
- Dzień dobry. - Przywitała się starsza kobieta. - Co panią tu sprowadza.
- Tego niemowlaka... - Wskazała na zawiniątko. - ... zostawiono na progu moich drzwi. Była przy nim tylko karteczka, na której pisało jak się nazywa. Niestety nie mogę się nim zająć. Mam własne niemowlę, które wymaga całodobowej opieki. Dlatego przywiozłam chłopca tutaj.
Starsza kobita skinęła głową.
- Jak chłopiec się nazywa?
- Harry Blitz.* - Odparła Petunia. Staruszka wzięła od niej niemowlę. Petunia rzuciła: - Do widzenia.
Wyszła nie czekając na odpowiedź.
Starsza kobieta spojrzała na zawiniątko. Zauważyła bliznę dziecka.
- No, Harry. Wygląda na to, że nie miałeś w życiu lekko. I prawdopodobnie nadal nie będziesz miał. Nie tutaj.
***
* - W razie, gdyby ktoś nie wiedział ( albo nie pamiętał), blitz to po angielsku błyskawica. To takie nawiązanie do jego sławnej blizny. Poza tym Petunia Dursley nie wydaje się być osoba o wielkiej wyobraźni, więc uważam, że mogła wymyślić coś takiego.
Na pierwszy raz trochę krótko, ale postaram się poprawić. Komentarze mile widziane.